opublikowane: 23-06-2010 22:10 przez Grzegorz Wójcikiewicz
Tytuł ten nasunął mi się, podczas
rozmowy z ludźmi, kiedy poruszaliśmy temat pomocy jakiej my, czyli nasza firma
Smak-Górno, często udzielamy zgłaszającym się do nas. Bywają to niekiedy nawet
i zupełnie obcy ludzie, a będące w różnych potrzebach Na wstępie przypomniało
mi się takie opowiadanie, kiedy to pewnego biednego chłopa, który idąc z pola
do domu, niósł we worku różne plony ziemi, i miał tam różnej wielkości płody
rolne, takie jak: dynie, jabłka i śliwki, miał też i małe ziarna zbóż. Spotkał
Pana Boga, który przebrany był za żebraka i prosił gorąco tego chłopa, aby mu
dał przynajmniej jedną rzecz z tego worka. Chłop zatrzymał się niechętnie i ze
złością wybrał najmniejsze ziarno i podarował żebrakowi. Pan Bóg odpłacił mu
natychmiast taką sama ilością złota, jaka otrzymał od tego żebraka. Żebrak
zniknął a chłop stał i z goryczą patrzył na okruch złota i żałował, że nie
podarował dyni, bo od tej pory mógłby przestać być biedny. Czy my w swoim życiu
nie spotykamy „przebranych żebraków?” My, jako prowadzący Zakład Mięsny przez
blisko 18 lat, mieliśmy bardzo wielu proszących na swojej drodze. Nie mówię, że
rozdawaliśmy same dynie, bo zdarzało się i różnie, ale nie mieliśmy śmiałości
odprawiać potrzebujących z najmniejszymi ziarenkami. Czasami widać było, że nie
zgłaszają się najbiedniejsi, ale zwykli cwaniacy, którzy nie wahaliby się wziąć
więcej niż mogliby unieść. Niemieckie przysłowie mówi, że żebraka nigdy nie
nasycisz i zawsze odejdzie niezadowolony. Najczęściej docenią Cię ci, dla których
niewiele zrobiłeś. Nie od każdego spodziewaj się wdzięczności. Ci, którzy wiele
ci zawdzięczają, często okazują się niewdzięcznikami. Ale akurat nie chciałbym na naszym przykładzie rozstrzygać tej
kwestii. Nasunęło mi to z kolei takie przemyślenia, że jeżeli człowiek ma
zaciśnięte dłonie, z których nic nikomu nie da, to i odwrotnie do zaciśniętych
w pięść dłoni, nic nie można włożyć ani podarować. Zaciśnięte dłonie wyrażają
groźbę, zemstę, zazdrość i wściekłość na drugiego, że on coś ma albo, że mu się
udało osiągnąć. Przy zaciśniętych pięściach, jeżeli popatrzy się na twarz tej
osoby, to usta są też podobne do nitki, czyli zaciśnięte. Oczy, które nie
mówią, są zwierciadłem duszy, mają groźny wyraz i kłują jak sztylety. Złemu oku
złe się widzi wszystko. Ja ze swojego podwórka, czyli jako współwłaściciela
„Smaku” często dostrzegam ludzi, którzy niby się uśmiechają, ale widać, że oczy
ich nie kłamią, że chętnie utopiliby nas w łyżce wody. Ustami, głosem można
zwodzić, udawać przyjaźń, ale oczami nie. Patrzy ten przyjaźnie, kto życzy
przyjaźnie, ale jeżeli usta wyrażają przyjazne słowa a oczy nie, to słów nie
można brać za prawdziwe, bo co z oczu to i z serca. Ale nie można się zbytnio
przejmować tym, co inni sobie o nas myślą albo i źle nam życzą. Trzeba nawet na
przekór robić śmiało swoje, śmiać się do ludzi nawet nieprzyjaźnie
nastawionych. Mówią, że szczęście sprzyja śmiałym, nic nie przyniesie ci
szczęścia i zadowolenia, jeżeli nie zdobędziesz je sam. Ludzie nieprzyjaźni na
pewno nie pomogliby, i nie można liczyć na nich, tylko trzeba liczyć na siebie
i na ludzi przyjaznych. Zdarza się, że ludzie pokazują na drugiego palcem, że
taki a taki. Przy pokazywaniu palcem popatrz na swoja rękę, trzy palce tej
samej ręki wskazują z powrotem na ciebie. Nikt swojego garbu nie widzi, wydaje
mu się, że inni są sami garbaci. Przysłowie mówi, że psy szczekają a karawana
jedzie dalej. W tym przypadku myślę o „Smaku”, mimo, że było wiele nagonki na
nas i były poszczekiwania ze strony nieprzychylnych nam ludzi, ale my nie
przelękliśmy się, bo ujadających kundli nie baliśmy się. Życzyłbym wszystkim,
aby chcieli wziąć przykład z nas i otworzyli swoje zaciśnięte dłonie, aby do
nich coś mogło być dane, by nie tylko nasz zakład mógł powiedzieć, że skorzystał
z pomocy unijnej, ale i inni z naszej sokołowskiej gminy mogli spożytkować to,
co można skorzystać z funduszy UE. Wtedy wszyscy bylibyśmy wygrani. Wszyscy,
którzy mają otwarte dłonie są podobnie myślącymi, bo kto myśli i postępuje jak
my, zawsze będzie naszym sprzymierzeńcem i jak zwróci się do nas, to mu na
pewno, na nasze możliwości, udzielimy dorady. Nie jest ważne, na jaki cel
spłyną środki, nie jest ważne, kto się stara, ważne, aby trafiły do naszej
gminy i służyły jej rozwojowi.
Pragnąłbym, aby naprawdę wielu
ludzi myślało i postępowało podobnie tak, jak to dzieje się w Górnie.
Pochodzący z Górna przedsiębiorczy bracia Radomscy, prowadzą działalność w
Trzebosi na terenie gminy sokołowskiej i dają pozytywny przykład innym
miejscowościom, że można coś tworzyć i mieć pomysły, i odwagę prowadzenia
interesu nawet poza swoją rodzinną miejscowością. Słyszałem taka wypowiedź, iż,
żeby móc zbudować nowy ład, trzeba najpierw zburzyć stary. Przy tej okazji
wiele elementów starego ładu znikało na zawsze. Tu nie o ład chodzi, żeby coś
zburzyć, ale żeby zburzyć stare myślenie, żeby sprawy wziąć w swoje ręce a nie
da się tego zrobić przy zaciśniętych pięściach. Otworzysz dłonie to i serce
stanie się bardziej otwarte. Bardziej nie dostrzega tego nie ten, kto jest
ślepy, tylko ten, kto nie chce widzieć.
Kazimierz
Smolak |
opublikowane: 23-06-2010 22:09 przez Grzegorz Wójcikiewicz
To, że wielu ludzi lubi
kombinować i się im niekiedy udaje, to nie jest prawidłowy sposób na spokojne
życie. Spodobał mi się wyczytany fragment z jakiejś starej przedwojennej
książki o pewnym żołnierzu, który służył w wojsku austriackim, był trębaczem. A
ponieważ muzykanci czy inni artyści to ludzie, u których rzadko spotka się
odciski na rękach i z natury nie palą się do ciężkiej pracy, krzywdował sobie
ów żołnierz, że zawsze rano musiał wstać, żeby robić pobudkę innym żołnierzom,
musiał obsługiwać inne imprezy i uroczystości wtedy, gdy inni żołnierze mieli
wolne i ze zgryzoty, i z duszy artystycznej, ciągło go do szynku. Tam przepijał,
co miał i jeszcze Żyd znaczył kreskami niezapłacone kolejki. Dumał i dumał, skąd
wziąć grajcary na piwo. No i wydumał, że skoro nosi szablę jak inni żołnierze i
jej cały rok nie używa, bo jest od innych czynności, to szablę może sprzedać Żydowi.
Żyd szablę kupił za umówione grajcary, z których odliczył niezapłacone „kolejki”.
Przezorny grajek dorobił do pochwy drewnianą szablę i rękojeść, będąc
przekonany, że skoro przez całą służbę ani razu nie wyciągnął szabli, to w
pochwie może być szabla drewniana. Ale jakimś sposobem wieść się rozniosła i
dotarła do dowódcy jednostki. Dowódca wezwał grajka i informuje go, że schwycił
przestępcę i daje mu rozkaz, aby go przebił szablą. Grajek zaskoczony nie wie
co robić, jak się bronić, ale chwyta się sztuczki i mówi do dowódcy, że wie, iż
ten człowiek jest niewinny, więc on go nie może pozbawić życia. Zaczyna się
wtedy głośno modlić do świętego Judy Tadeusza (od spraw beznadziejnych), skoro
ten człowiek jest niewinny, niech święty sprawi cud, by jego szabla przemieniła
się z żelaznej w drewnianą, aby nie mógł wykonać niesprawiedliwego wyroku i
skrzywdzić niewinnego człowieka. I teatralnym gestem wydobywa z pochwy
drewnianą szablę. Dowódca się uśmiechnął, kazał mu wydać z magazynu normalną
szablę i ostrzegł go, że drugim razem nie pomoże mu nawet dziesięciu świętych.
Jest to humorystyczny przykład
sprytu i szczęśliwego rozwiązania akurat tego problemu, ale życie jest bardziej
brutalne. Kłamstwo ma zawsze krótkie nogi i czy wcześniej czy później, zostanie
zdemaskowane. Z „drewnianymi szablami” w życiu spotykamy się najczęściej w
sytuacjach, kiedy ludzie z chęci zysku podrabiają różne rzeczy i czerpią z tego
korzyści materialne i niematerialne. Przykładem tego jest porabianie odzieży
czy kosmetyków markowych i sprzedaż podrobionych towarów z zawyżonym
niewspółmiernie zyskiem, co do jakości sprzedanych towarów czy usług. Podrabianie
różnych dokumentów, kupowanie dyplomów na bazarach. Nawet plagiat jest też
pewnego rodzaju „drewnianą szablą”, gdyż piszący pracę dyplomową, licencjacką,
magisterską czy nawet doktorską oszukuje, że posiada materiał własny. Korzysta
z gotowego materiału, który już ktoś napisał i opublikował. Kradzież pomysłów i
podrabianie produktów czy usług nie jest wprawdzie karane w myśl swobody
gospodarczej, gdyż każdemu wolno prowadzić działalność gospodarczą, na jaką ma
ochotę w granicach dopuszczalnych przez prawo. Na pewno podrabianie jest źle
widziane, szczególnie przez tych, którym ten pomysł skradziono. Nie tak jak
trzeba widziane jest postępowanie i zachowanie takich, którzy udają, że są
wielkimi biznesmenami czy innymi ważnymi postaciami, a w rzeczywistości bywają
zwykłymi bufonami i oni to zachowują się jakby nosili „drewnianą szablę”.
Wychodzi to na jaw, gdy trzeba ukazać prawdziwe oblicze a posiada się
pozorowane i fałszywe.
Kazimierz
Smolak |
opublikowane: 01-07-2009 09:50 przez Grzegorz Wójcikiewicz
Słownik języka polskiego podaje kilka znaczeń tego wyrazu: 1) Rozżarzona cząstka płonącego ciała, oderwana od całości. 2) Iskra elektryczna – zjawisko gwałtownego rozładowania przewodników przez powietrze lub inny gaz, któremu towarzyszą objawy świetlne, cieplne i dźwiękowe, 3) Iskra boża – talent, zdolność 4) o człowieku ruchliwym i wesołym.
Tytuł ten wydaje mi się, że będzie stosowny, bo przystaje akurat do zmarłego przedwcześnie i niespodziewanie Leszka Walickiego. Chcę przez ten artykuł złożyć Mu hołd i podziękowanie jako mojemu dobremu przyjacielowi. Z Leszkiem poznałem się lepiej od chwili, gdy swoją postawą zachęcił mnie do pisania na łamach Kuriera Sokołowskiego. To on jak iskra zapalił we mnie ogień, który zwie się potrzebą pisania swoich przemyśleń, spostrzeżeń czy relacji z różnych miejsc lub uroczystości. Do utrzymania ognia potrzebne są odpowiednie składniki, takie jak materiał palny, powietrze czyli tlen i w odpowiednich ilościach i warunkach łączenie tych składników. Widać to dobrze przy spalaniu w kominku. Gdy założymy dobre drzewo i ustawimy odpowiedni „ciąg”, czyli ssanie powietrza przez przewód kominowy, to mamy ciepło i odpowiedni, miły nastrój, który udziela się korzystającym z kominka. Ogień w kominku uspokaja, daje i ciepło, i poczucie ogniska rodzinnego, przy którym chętnie się przesiaduje i odpoczywa. Wspominany Leszek Walicki właśnie miał w sobie wszystkie składniki potrzebne do dawania światła, ciepła, i uczucia przyjemnej chęci bycia i oglądania tego światła, którym był prowadzony przez niego „Kurier Sokołowski”. To „Kurier Sokołowski” jest właśnie gminnym kagankiem oświaty naszej ziemi sokołowskiej oraz oknem na nasz gminny świat, przez które mogliśmy oglądać i dowiadywać się o dziejących się sprawach na terenie naszej małej ojczyzny. Nasz gminny świat przedstawiany był oczami ludzi pochodzących i mieszkających na naszym terenie. A ponieważ „ogień Leszka” oświetlał też niektóre ciemne rzeczy dziejące się na terenie gminy, to pewno dlatego, niektórzy przejawiali niechęć do niego. Leszek tworzył to pismo, pomimo że kładziono mu niekiedy kłody pod nogi i nie doceniano go. Skarżył się do mnie, że zamiast podziękowania i wyróżnienia spotykało go przykre poniżenie, gdyż zabrano mu czy ukryto przed nim, możliwość skorzystania, jako redaktorowi Kuriera. z wycieczki do Grecji. Mówił, że prawdopodobnie nie skorzystałby z wyjazdu, ale załamało go to, że tak z nim postąpiono. Ból serca z tego powodu miał ogromny, co można porównać do zalania palącego się w nim ognia, bo w styczniu nie przychodził już do redakcji, a przy jego stanie zdrowia, nie dziwmy się, że tego nie zniósł. Nikt się z nim nie skontaktował, widocznie nie było zainteresowania, aby Kurier istniał w poprzednim kształcie. Drugim znaczeniem iskry jest przeskok iskry w silniku spalinowym. Zapala ona mieszankę paliwową i silnik zostaje wprawiony w ruch. Jeżeli porównać Kurier do silnika, to Leszek stanowił zarówno mieszankę paliwową w postaci gromadzonych i przygotowanych materiałów, jak i podpalał iskrą innych, dzwoniąc do wielu ludzi i przypominając o przysłaniu materiału do Kuriera. Do mnie też dzwonił wielokrotnie, abym nie zapomniał coś podać. Była to też mobilizacja, bo jak można było Leszka zawieść. Jak zgromadził materiał na nowy Kurier (do połowy miesiąca) to później odpalał silnik i kolejny numer czasopisma wychodził po 20-tym każdego miesiąca. Trzecie znaczenie to frazeologizm „iskra boża”. Leszek miał w sobie tę „iskrę bożą”, wyrażającą się potrzebnym talentem i zdolnością do pisania wielu artykułów i sprawozdań. Czwartym znaczeniem tego słowa jest odniesienie do człowieka ruchliwego i wesołego, którym sam był i takiego go wszyscy pamiętamy. Jego ostatnie lata koncentrowały się prawie wyłącznie wokół Kuriera, któremu był bezgranicznie oddany. Oprócz pracy przy Kurierze, za którą nie brał żadnego wynagrodzenia, przewodził społecznie Towarzystwu Przyjaciół Ziemi Sokołowskiej. Wszystko robił bezinteresownie. Leszek angażował się także w wydawaniu Roczników Sokołowskich. Tu była wyraźna pomoc jego syna Bartosza. Syn Leszka Bartosz angażował się, pisząc bardzo wiele ciekawych artykułów do Kuriera. Dziwię się, że nikt nie chce z nim rozmawiać, gdyż to on mógłby podtrzymywać wysoki poziom Kuriera, jaki już został wypracowany. Czynnikom decydującym o istnieniu Kuriera widocznie zależy, aby utrącić to pismo albo go zmarginalizować do kwartalnika. Gmina i władza, która nie dba o własne pismo, sama siebie skazuje na niebyt informacyjny. Kurier posiada kilka tysięcy czytelników i stracić te głosy w wyborach może pozwolić sobie tylko ten, komu nie zależy na tych głosach. Drogi Leszku, nawet nie wiesz, ile Ci zawdzięczam. Obudziłeś we mnie iskrę pisarską, która mobilizuje mnie do tworzenia nowych dzieł czy artykułów, monografii Górna czy Smaku. Jest mi niezmiernie przykro, że nie ma Cię wśród żyjących, ale bardzo przykro byłoby mi też, gdyby Twoje dzieło, jakim był Kurier Sokołowski, umarło razem z Tobą.
Kazimierz Smolak |
opublikowane: 01-07-2009 08:35 przez Grzegorz Wójcikiewicz
- W Polskim parlamencie zasiada Pan razem z Panem Stanisławem Ożogiem. Obaj pochodzicie z tego samego dekanatu Sokołowskiego.
- Tak. Z Panem Posłem Stanisławem Ożogiem znam się od dawna. Kiedy rozpoczynałem pracę w samorządzie jako Wójt Gminy Czarna Pan Stanisław Ożóg był Starostą Rzeszowskim. To doświadczony samorządowiec i obecnie skuteczny poseł. Wielokrotnie wcześniej i obecnie korzystałem z jego doświadczenia. Współpraca z nim zaowocowała wieloma wspólnymi pomysłami i projektami.
- W jakich komisjach Pan pracuje?
- Pracuję w Komisji do spraw Unii Europejskiej oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Działam także w dwóch grupach bilateralnych w grupie Polsko-Szwajcarskiej i w grupie Polsko-Ukraińskiej.
- Parlament Europejski ma dwie siedziby: w Brukseli i w Strasburgu. Jedna siedziba nie wystarczy?
- Wystarczy. Gdyby ode mnie zależało, zreformowałbym UE całkowicie. Jest za dużo biurokracji, nie ma równości szans. Realnie brane są pod uwagę racje silnych i bogatych.
Odnośnie siedzib: Każdy europoseł ma skrzynię, w którą pakowane są wszystkie jego dokumenty i wożone pomiędzy Strasburgiem a Brukselą. Również pracownicy PE muszą być przemieszczani. Ta operacja kosztuje nas prawie 500 milionów euro. Siedziba PE powinna być jedna.
- Co Pan sądzi o Traktacie Lizbońskim? Wejście w życie tego dokumentu oznacza, ze zasada jednomyślności zostanie zastąpiona zasadą większości, co spowoduje, że państwa „starej Unii” będą mogły narzucać Polsce swoje rozwiązania, zupełnie nie pytając się Polaków o zdanie.
- Traktat Lizboński to wielka pułapka prawna, kilkaset stron zagmatwanego tekstu. Dobrze znają go tylko Ci, którzy go tworzyli. Traktat napisano w interesie Niemiec, Francji, Włoch, Anglii i Hiszpanii. W Sejmie głosowałem przeciw Traktatowi. Zaraz mówię dlaczego.
Bywając w Brukseli zauważyłem, że Niemcy, Francuzi, Włosi, Anglicy i Hiszpanie mają tak ustawioną strukturę w instytucjach UE, że w sprawach, w których już dziś nie ma zasady jednomyślności są w stanie przegłosować wszytko co chcą. W sprawach dopłat bezpośrednich do rolnictwa, przedstawiciele tych państw przegłosowali, że w 2013 r. nie będzie wyrównania dopłat bezpośrednich. A przed wejściem Polski do UE obiecywano, że rolnicy z Polski będą od 2013 r. dostawać tyle samo co rolnicy z krajów „starej Unii”. W Brukseli spotkaliśmy się z Komisarzem ds. Kontaktów z Państwami Narodowymi. Jako Komisarz Europejski powinien być bezstronny, jednak z narodowości był Niemcem i mówił do nas w taki sposób: „My jako Niemcy dajemy najwięcej pieniędzy, więc po wyborach do PE to my Niemcy mamy mieć wszystkie najważniejsze stanowiska.” Niemcy nawet nie ukrywają, że chcą w Unii dominować. Podobnie myślą Francuzi i Hiszpanie. Jeśli Traktat wejdzie w życie to dominacja tych państw będzie jeszcze większa.
- Polska dostaje pieniądze z UE czy to my „dopłacamy do interesu”?
- Nie dopłacamy, ale niewiele finansowo zyskujemy. W świadomości wielu ludzi utarło się, że „dostajemy pieniądze od Unii”, ale zanim cokolwiek dostaniemy wcześniej tam sami płacimy bardzo wysoka składkę. Ponad 10 miliardów złotych. rocznie! Pod koniec 2008 r. uczestniczyłem w spotkaniu z osobą, która jest audytorem w Trybunale Obrachunkowym UE, czyli instytucji kontrolującej finanse Unii. Przedstawił nam informacje, z których wynika, że Polska od początku obecności w UE otrzymała 2 miliardy zł więcej niż wpłaciła. Czyli wielkich pieniędzy do tej pory nie otrzymaliśmy. A trzeba pamiętać, że wchodząc do Unii ponieśliśmy wysoką cenę restrukturyzacji polskich firm. Wiele z nich nie wytrzymało tego procesu i zbankrutowało.
- Niedawno media pisały o zarobkach Komisarzy Europejskich. Komisarz Danuta Hubner zarobiła 5 mln. Czy unijni urzędnicy powinni aż tyle zarabiać?
- Unia zatrudnia kilkadziesiąt tysięcy urzędników różnego szczebla. Pani Danuta Hubner jest na szczycie tej hierarchii. Uważam, że uposażanie komisarzy powinno być adekwatne do średniej płacy w danym kraju.
- Z tego co wiemy biegle posługuje się pan językiem niemieckim.
- Zdawałem maturę z języka niemieckiego. Później doskonaliłem go na studiach, a praktyczne szlify zrobiłem na praktykach w Niemczech i Szwajcarii
- Działa Pan również w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich Diecezji Rzeszowskiej. - W SRK jestem od 1995 roku. Teraz już drugą kadencję pełnię funkcję Prezesa tego stowarzyszenia. Na terenie diecezji prowadzimy trzy świetlice dla dzieci i młodzieży oraz zajmujemy się pracą formacyjną i charytatywną w poszczególnych parafiach gdzie działają nasze koła. |
opublikowane: 01-03-2009 08:41 przez Grzegorz Wójcikiewicz
[
zaktualizowane 01-03-2009 08:46
]
Józef Pudełek – Żołnierz 1 Dywizji Pancernej Gen. Maczka
Józef Pudełek urodził sie w Sokołowie Małopolskim dnia 18.02.1917 roku. Jako prawie 10-letni chłopiec pamiętam jego wizyty w naszym domu i w domu mojego dziadka Józefa Gałgana przy ul. Piękosiów. Moj dziadek jako mistrz stolarski wyszkolił go w zawodzie stolarza. Stolarzem z zawodu był również mój ojciec. Łączyła ich nie tylko więź zawodowa, ale i serdeczna przyjaźń. Ostatni raz widziałem Jozefa w domu mojego dziadka w mundurze żołnierskim wczesnym latem 1939 r. Do wojska powołany został w styczniu 1939 r., stacjonując w Przemyślu. Druga Wojna Światowa - mimo ogromnego wysiłku i bohaterstwa, słabo uzbrojona polska armia został rozbita przez przeważające siły zbrojne ( zmówionych wrogów ) - z zachodu niemieckie, ze wschodu sowieckie. Wielu oddziałom z rejonu południowo -wschodniej Polski w całości lub rozproszonym udało się tzw. Trasą „ zaleszczycką" ewakuować do Rumunii ( ok. 30 tys.) i na Węgry ( ok. 41 tys.). Oficerów i żołnierzy internowano w obozach. W ten sposób Józef Pudełek znalazł się na Węgrzech w obozie dla internowanych w miejscowości Hogyesz, w pobliżu granicy jugosłowiańskiej. Chyba jesienią 1939 r., lub na początku 1940 r. dotarła do nas w Rzeszowie pisemna wiadomość ( kartka pocztowa ), że żyje i gdzie przebywa. Opisywał warunki życia obozowego mając nadzieję na jakąś zmianę. Oprócz korespondencji dotarło do nas kilka zdjęć, miedzy innymi zdjęcie z okazji obchodów Święta Niepodległości Ojczyzny z 11. XI. 1939 r. Część korespondencji i zdjęcia przetrwały do dziś. Ostatnio wysłałem je autorowi do Szkocji – by jego rodzina zachowała na pamiątkę. Po pięciu miesiącach pobytu w obozie na Wielkanoc 1940 r. - z pomocą Anglików- zdołał uciec do Splitu w pobliskiej Jugosławii. Ze Splitu greckim statkiem ,,Patrice" po 6 dniach dopłynął do Marsylii, gdzie w przebraniu francuskiego żołnierza dołączył do angielskiego oddziału celem kontynuowania walki z Niemcami. Na początku maja 1940 r. transportem kolejowym dotarł do Anjou niedaleko Ljonu. W przewidywaniu w najbliższych dniach (10.V. 1940 r.) napadu Niemiec na Francję rozpoczął się masowy odwrót wojsk francuskich i znajdujących się tam oddziałów brytyjskich do najbliższych portów francuskich celem ewakuacji do Anglii. Józef dziwnym zbiegiem okoliczności małym statkiem rybackim dotarł na pokład polskiego okrętu ,,Batory", którym dopłynął do angielskiego portu Plymouth (ok. 24. VI. 1940 r. ), skąd wraz z oddziałem transportem kolejowym dotarł do miejscowości Crowford w Szkocji. Następnie przerzucono jego oddział w okolice Glasgow w celu przygotowania obrony portu i wybrzeża. Przegrupowani w rejon miejscowości Lossiemouth przygotowywali obronę lotniska i obronę wybrzeża morskiego przed ewentualnym desantem niemieckim - powietrznym i morskim. Na początku roku 1941 oddział Józefa przerzucono do rejonu w pobliżu Musselburgh. Pomiędzy Musselburgh a Dunbar jak i na wschodnim wybrzeżu Szkocji Józef i jego oddział realizował rozbudowę fortyfikacyjną wybrzeża i zakładał zapory minowe. ( W myśl założeń Sztabu Głównego Brytyjskich Sit Zbrojnych, wschodnie wybrzeże Szkocji, wraz z pewnymi odcinkami wybrzeża zatok Firth of Tay i Firth of Forth były traktowane jako dogodne dla niemieckiego desantu morskiego). Nie wiem w jakiego rodzaju oddziale był Józef, ale z opisu jego zadań, które wykonywał domyślam się, ze był to oddział saperski, chociaż w tamtej sytuacji oddziały ogólnowojskowe też mogły realizować zadania inżynieryjno - saperskie. Tu w czasie pobytu w rejonie Musselburgh realizując zadania obronne poznał swoją przyszłą, żonę Rose Mabel. W 1942 r. Józef Pudełek został skierowany do zakładów mechanicznych w pobliżu Dalkeith, gdzie wykonywano konstrukcje mostów składanych oraz sprzęt dla jednostek pancernych. Konstrukcje i sprzęt wojskowy wykonywano jako niezbędny do planowanej inwazji na kontynent europejski. Po dokonaniu inwazji zachodnich sił sojuszniczych w czerwcu 1944 r. Józef Pudełek był już w składzie 1 Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Maczka. Z okolicy Dover 18-go lipca 1944 r. oddziały dywizji wylądowały we Francji w pobliżu miejscowości Caen. Tu w składzie 1 Armii Kanadyjskiej, 1 Dywizja Pancerna wzięła udział w walce na kierunku Caen - Falaise z niemiecką 5 Armią Pancerną. Tu, po klęsce wrześniowej i wielu latach tułaczki, Józef Pudełek z bronią w ręku wziął pierwszy rewanż na wrogu i okupancie Ojczyzny, tu z dala od Jej granic rozpoczął walkę o Jej wolność. Po rozbiciu zgrupowania sił niemieckich 1 D Panc. nacierała w kierunku granicy belgijskiej, którą przekroczyła 6 września w rejonie Ypres ( gdzie w czasie I Wojny Światowej użyto gazu trującego nazwanego później iperytem ). Na terenie Holandii Józef Pudełek bierze udział w wyzwoleniu miasta Breda. Walki o Bredę zakończono 30-go października 1944 r. Na początku kwietnia 1945 r. z rejonu Bredy 1 D Panc. przekraczając Mozę i Ren wkroczyła na ziemię niemiecką. Prowadząc działania bojowe we Fryzji, jej zadaniem było przebicie się i zdobycie bazy i portu wojennego Wilhelmshaven, które zdobyła 5 maja. Polski dowódca garnizonu odebrał kapitulację niemieckiego dowództwa twierdzy i bazy marynarki wojennej. Tu zakończyły sie działania bojowe dywizji, a w rejonie tym przebywała do 20 maja 1945 r. pełniąc służbę okupacyjną. W Wilhelmshaven Józef Pudełek zakończył swoją, długą drogę walki z wrogiem o wolność Polski — z dala od Jej granic. Wraz z wieloma towarzyszami tej długiej drogi i walki powrócił do Szkocji w rejon Musselburgh. Tam bowiem czekała na niego Rose Mabel, którą poślubił w lipcu 1945 r. Tak jak wielu, podjął decyzję pozostania w Szkocji, inni wyjechali do dalekiej Australii lub Kanady, część powróciła do kraju. Z Wojska Polskiego został zwolniony w październiku 1947 r. Wkrótce urodził mu się syn Michał, a zamieszkali w małej miejscowości w pobliżu rodziny żony -między Musselburgh a Whitecraig, gdzie mieszkają do dziś. Józef Pudełek przez 29 lat pracował w firmie jako stolarz, a w 1982 r. przeszedł na emeryturę zajmując się pielęgnacją ogrodu. Jego syn Michał ożenił się, jego żona jest nauczycielką i mają syna i dwie córki, mieszkają w Londynie. Michał jest współwłaścicielem dużej firmy budowlanej, aktualnie skończył 61 lat. Józef Pudełek 18-go lutego 2009 r. ukończy 92 lata, czuje sie zdrowy, jest fizycznie sprawny i w dalszym ciągu zajmuje sie ogrodem. Tą, biografię wyjątkowego Sokołowianina, zapomnianego żołnierza 1 D Panc. gen. Maczka w czasie II Wojny Światowej, przyjaciela mojej rodziny opisałem w oparciu o korespondencję z synem Józefa- Michałem. Z Józefem i jego synem utrzymuję stałą korespondencję.
Tadeusz, Robert Wisławski |
opublikowane: 01-03-2009 08:37 przez Grzegorz Wójcikiewicz
U Babci zawsze jest przyjemnie, ciepło i miło. Z Dziadkiem można porozmawiać o dawnych czasach, które znane są nam tylko z kart książek historycznych. Dla Dziadków zawsze jesteśmy najważniejsi. Okazją do okazania im miłości, szacunku i wdzięczności była szkolna uroczystość z okazji Ich święta. Dnia 27 stycznia prawie wszystkie Babcie i wszyscy Dziadkowie zaproszeni przez swoich wnuków oraz dyrekcję spotkali się w Szkole Podstawowej w Turzy. Swoją obecnością zaszczyciła nas także pani sołtys Bronisława Szot. Uroczystość rozpoczęła powitaniem gości i wszystkich zebranych pani dyrektor Krystyna Ożóg. Następnie dzieci z klas 0-III zaprezentowały inscenizację pt. „Witajcie w naszej bajce” przygotowaną pod kierownictwem swoich wychowawczyń, a ich młodsi koledzy z oddziału przedszkolnego przedstawili przygotowane specjalnie na tę okazję wiersze i piosenki dla Babć i Dziadków. W przerwie między tymi występami, publiczność zachwycała się małymi tancerzami, którzy wystąpili z układem choreograficznym do piosenki „Babcia tańczy rock&rolla”. Po uroczystym odśpiewaniu „Sto lat”, wnuczęta wręczyły swoim babciom i dziadkom własnoręcznie przygotowane laurki i upominki. W drugiej części swoich występów uczniowie klas I-VI przedstawili Misterium Bożonarodzeniowe w reżyserii s. Izabeli Majchrowicz. Wszystkie występy nagradzane były gromkimi brawami. Na twarzach widzów rysowały się naprzemiennie radość i wzruszenie. Dziadkowie byli pełni uznania dla swoich wnuków. Podziwiali zarówno ich postawę jak i umiejętności. Po zakończeniu części artystycznej goście udali się na poczęstunek przygotowany przez rodziców. Chwilę później dzieci zgromadziły się na sali gimnastycznej, gdzie do wspólnej zabawy i tańca umiejętnie zachęcał je wodzirej – Dariusz Kosak. Wszyscy bawili się razem, były tańce, liczne zabawy oraz konkursy ze słodkimi nagrodami. Wspaniała atmosfera, która towarzyszyła spotkaniu, była okazją do umocnienia więzi rodzinnej, miłego spędzenia czasu oraz bliższego poznania się. Goście rozchodząc się do domów dziękowali gronu nauczycielskiemu za miłe i wzruszające chwile spędzone w naszej szkole.
Teresa Płoszaj |
opublikowane: 01-03-2009 08:32 przez Grzegorz Wójcikiewicz
Miło mi poinformować, że sekcja karate tradycyjnego założona w listopadzie ubiegłego roku w ZS im. Jana Pawła II w Sokołowi Młp. cieszy się sporym zainteresowaniem dzieci i rozwija się bardzo prężnie. Obecnie zrzesza już około 20 młodych adeptów karate w wieku od 7 do 12 lat i nadal się poszerza. Co jakiś czas dołączają do nas nowi entuzjaści, chcący uprawiać piękną sztukę jaką jest karate tradycyjne. Moi uczniowie pomimo swojego młodego wieku i krótkiego doświadczenia uczęszczają na treningi bardzo systematycznie. Sesje odbywają się dwa razy w tygodniu po półtora godziny. Rozpoczynając treningi karate konieczne jest narzucenie sobie pewnej dyscypliny. Wskazane jest by nie opuszczać treningów, należy ćwiczyć regularnie i z zaangażowaniem. Nie chodzi tu bynajmniej o to, aby poświęcać się karate kosztem nauki i innych obowiązków domowych. Wręcz przeciwnie – zdyscyplinowany trening ma służyć w racjonalnym gospodarowaniu czasem wolnym. Ma mobilizować dziecko do tego by po przyjściu ze szkoły nie trwoniło czasu przed telewizorem czy komputerem, ale żeby szybko odrobiło lekcje, nauczyło się i zdążyło na wieczorny trening. Taki tryb życia przynosi o wiele większe korzyści niż nadwyżka czasu wolnego. Karate tradycyjne jest sztuką samoobrony, która wykorzystuje wyłącznie i w najbardziej skuteczny sposób ciało ludzkie. Znajdują w nim zastosowanie głównie techniki bloków, ciosów, uderzeń i kopnięć, w połączeniu z innymi powiązanymi z nimi ruchami. Karate tradycyjne daje najwyższej jakości korzyści fizyczne, ponieważ trening obejmuje dynamiczne użycie całego ciała. Karate tradycyjne nie tylko dąży do rozwoju całej osoby, ale także ma korzystne działanie na stan umysłu , zapewniając całkowitą równowagę i stabilne emocje. Ostatecznym celem treningu w karate tradycyjnym nie jest tylko osiągnięcie perfekcji w sztuce walki, ale raczej całkowity rozwój ludzkiego charakteru tam gdzie walka nie jest już potrzebna. W początkowej fazie treningu karate jest sposobem podporządkowywania ciała, odnajdywania w nim możliwości ukrytych, z pozoru niewiarygodnych. Później jest to metoda konstruktywnego, celowego oddziaływania na psychikę. Sprawność w samoobronie jest często uważana za największy zysk płynący z treningu. Karate to bardziej ubezpieczenie na wypadek zderzenia z przeciwnościami losu, trudami życia. To sposób odnajdywania w sobie siły charakteru, wytrwałości i poświęcenia, przydatny wówczas, gdy tracimy wiarę w siebie, świat, który nas otacza i wartości, które wydawały się niewzruszone.
Korzyści płynące z uprawiania karate tradycyjnego
Specjaliści i eksperci z różnych dziedzin edukacji rozpoznali sztuki walki, w tym karate tradycyjne nie tylko jako sztukę fizyczną, ale również jako ważne narzędzie do formowania charakteru człowieka. Studia sztuk walki są nieskończonym poszukiwaniem wyższego rozwoju własnego umysłu, ciała i ducha, dlatego kiedy ego studenta przekona go, że jest on już najlepszy jego rozwój nie może być już kontynuowany. Student musi uczyć się pokory skromności, powściągliwości i zawsze respektować swoich nauczycieli, partnerów i wszystkich innych. To umożliwi mu zrozumienie drogi karate i powodów, dlaczego jest to tak ważne. Adepci karate powinni zawsze trenować ze skupieniem i rozumieć, że ich trening przygotowuje ich do sytuacji obrony. Ten poziom zaangażowania pomaga komuś psychicznie i fizycznie skupić się nie tylko na sztuce walki, ale również na codziennym życiu. Celem treningu karate jest rozwój siebie (samodoskonalenie). Każdego dnia student musi próbować być lepszym niż wczoraj. Zawsze usiłować ulepszyć zdolności techniczne, podobnie jak swoją mentalność. Podobnie celem treningu nie jest pokonywanie słabszych lub gorzej wyszkolonych przeciwników, gdyż to tylko wstrzymuje rozwój studenta. Samodyscyplina i ciężki trening są fundamentalne dla karate tradycyjnego. Dzisiejsi psychologowie sportu zgadzają się, że ciężki trening i dyscyplina są kluczem do przezwyciężenia samozwątpienia i nerwowości. Ponadto regularny i zdyscyplinowany trening przynosi następujące korzyści: - Zdrowie fizyczne. Uprawianie karate sprawia, że pozbywamy się nieprawidłowych nawyków na skutek trybu życia właściwego współczesnej cywilizacji. Należą do nich wady postawy, upośledzenia aparatu ruchowego i oddechowego, a także zahamowania psychiczne i charakterologiczne. Uprawianie karate wpływa wszechstronnie na kondycję fizyczną: podnosi siłę i elastyczność mięśni, poprawia szybkość, zwinność, koordynację ruchową i wydolność krążenia. - Rozwój charakteru. Celem sztuk walki jest nieskończone poszukiwanie poziomu osobistego rozwoju umysłu, ciała i ducha. Wymagania treningu owocują w to, że studenci uczą się pokory, skromności oraz szacunku dla senseia (nauczyciela), partnerów i innych. Ten typ osobowości tworzy harmonię w dojo (Sali treningowej), a także w społeczeństwie. - Trening w dojo powoduje stabilność emocji i umożliwia osobie reagowanie na dowolną sytuację z poprawnym osądem i zachowaniem. Staranne doskonalenia siebie każdego dnia jest celem uprawiania karate. Studiowanie sztuk walki jest trwałym wysiłkiem. Lenistwo i bezczynność jest bardzo odradzane. - Poważny trening ze skupieniem przygotowuje do podejmowania prawidłowych decyzji. Ponieważ w dojo uczymy się skupiać fizycznie i psychicznie a to przenosi się na codzienne życie. Doktryna karate głosi: „Myśleć umysłem działać poprzez „Ki” wewnętrzną moc”. Z tym typem treningu człowiek uczy się działać stanowczo bez strachu i zwątpienia. Poprzez karate tradycyjne człowiek zyskuje środki do poszerzenia i pogłębienia swych zdolności fizycznych i umysłowych. Dzięki ciągłemu poszukiwaniu doskonałości technicznej następuje wszechstronny rozwój możliwości jednostki ludzkiej. Podczas gdy osiąganie kolejnych szczebli w hierarchii sportowej jest sprawą wyłącznie doskonalenia techniki. Poszukiwania karate tradycyjnego nie napotykają na drodze swego rozwoju żadnych ograniczeń. Jedyne istniejące granice to zdolność człowieka do poszerzania sfery swych możliwości oraz potencjału w dążeniu do nowych osiągnięć, a i te należy ustawicznie próbować przekraczać. Karate jako sztuka samodoskonalenia siebie jest skarbem ludzkiej kultury przekazywanym przez wiele stuleci jako bezcenne dziedzictwo. Ten cenny ogół wiedzy pokazuje nam drogę do szukania w sobie doskonałości poprzez fizyczny, psychiczny oraz duchowy trening. W mojej odpowiedzialności leży, aby chronić i przekazywać karate tradycyjne młodemu pokoleniu.
Kamil Tarnawski 2 Dan |
|